Tag: ciemność (Page 1 of 2)

Przed zaśnięciem

fot. Adam Olszak

Gdzieś nad głową ciemne skrzydła snu
Bezszelestnie przecinają noc
Krąży wokół jak spłoszony ptak
Co do gniazda by powrócić chciał
Lecz bezładnych myśli rwący bieg
Nie pozwala choć na chwilę spocząć mu

Tam daleko Ty zasnęłaś już
Przecież jutro wstanie nowy dzień
Co przeminie jak wiosenny deszcz
W nim codzienne sprawy stopią się
Rzeka czasu cicho porwie je
Niczym piasek który wartko niesie w dal.

Dłoń wyciągam by odnaleźć Cię
Przy mym boku… ale pustka łka
Chciałbym zasnąć, we śnie widzieć znów
Jak idziemy razem śmiejąc się
Już niedługo – szepce w duszy ktoś
Niecierpliwość moją pohamować chce.

Snem czy jawą jesteś – nie wiem sam
Kto Cię utkał z moich marzeń mgły?
I pozwolił, bym zachwycił się
Twoim pięknem… abym wiedział, że
Dwie połówki jabłka złączył los
By już razem sen na jawie mogły żyć

Już się zbliża… miękko muska mnie
Na powieki kładzie ciepłą dłoń
I powoli w oniryczny świat
Wolno wchodzę bramą ciszy, by
Znów Cię znaleźć, w stronę słońca iść
Obecnością Twą oddychać, sycić się…

Samotność

fot. Adam Olszak

W myślach biegną cienie ludzi
Rosną jak chmury gnane wiatrem
Mijają
Poranek jest zimny

Uściski, ukłony
Gest nad słowem zawieszony
Niechby chociaż słońca promyk
Żar ognia

Wyrazy uznania
Nadziei
Życzenia z głębi dobrego wychowania
Mówią, że będzie dobrze
Ale nie mówią – dlaczego

Łza – zdrajczyni – opuszcza
Ukradkiem oko
Trochę ciepła.

Wołanie z dna serca

fot. Adam Olszak

Gdy Bóg wysłuchał modlitwy Sary
I słów Tobiasza pełnych goryczy,
Na długo zamilkł, współczuciem zdjęty
Że rozpacz trapi jego stworzenia

Natychmiast Rafal, posłaniec z nieba
Wyruszył w podróż z młodym Tobiaszem
Aby go chronić i aby Sarę
Wyrwać z zachłannych szponów demona

Jak znaleźć wytrych do serca Boga?
Jaka modlitwa ma taką siłę,
Że Stwórca świata ku niej się zwraca
I nie zostawia bez wysłuchania?

To słowa, które płyną wprost z serca
Z jądra ciemności nieprzeniknionej
Z pęknięcia na dnie duszy człowieczej
Co źródłem wszelkich zwątpień i lęków

Bóg, który dla nas zstąpił do piekieł
I wyszedł żywy z grobu otchłani
Na pastwę śmierci nas nie zostawia
Lecz walczy o nas z nami samymi

Czasem nam w podróż wyruszyć każe
Która okazją jest, by dorosnąć
Odważnie spojrzeć w ślepia demonów
Pokonać lęki, rozerwać więzy

I nie porzuca nas, gdy zbłądzimy
Gdyż Aniołowie Jego czuwają
Dyskretnie krzywe prostując ścieżki
By nie powiodły nas ku przepaści

Warto więc wołać w bezsenne noce
Choćby się wiara w popiół zmieniała
By skarga duszy bólem dręczonej
Mogła poruszyć ojcowskie serce…

Nocne miasto

fot. Adam Olszak

Ciemność ogarnia świat nieubłagana
Jak wąż co pełznie cicho do zdobyczy
Gdy zmierzch zapada wychodzę na górę
Spoglądam w dal

Dżungla z betonu rozżarza się blaskiem
Sztucznych latarni co namiastką słońca
Na horyzoncie płomienna poświata
Wspomnienie dnia

Gdy światła miasta zapalają się
Myślą ogarniam dzień, który przemija
Wieczorna bryza chłodzi czoło me
Niebo i ziemię z wolna mrok spowija

Okna kamienic kryją tajemnice
Codziennych kłótni, miłosnych uniesień
Modlitwy w niebo jak ptaki pijane
Unoszą się

A wreszcie senność nadciąga leniwie
Opuszcza powiek ekrany zmęczone
By oniryczne obrazy jak filmy
Wyświetlić nam

Bo dzień od nocy nieodłączny jest
Jak śmierć od życia, od jesieni wiosna
Pomiędzy jawą biegniemy i snem
Aż śmierć na progu stanie bezlitosna…

Małe przerażone „ja”

fot. Adam Olszak

Kim jestem? Wciąż nie wiem. Szukam odpowiedzi.
Maski na mej twarzy. Maski, maski, maski.
Trzymają się mocno lękiem przyklejone
Gdy tańczę przed światem, by słyszeć oklaski

Gdzieś tam pod maskami jestem ja prawdziwy
Gdzieś tam żyje moje „ja”, co przerażone
Błądzi samo w ciemnym nieprzyjaznym lesie
Wrócić chce do domu tułaczką zmęczone

Małe przerażone „ja”
Małe przerażone „ja”
Poranione wrażliwe płochliwe
Połamane ukryte prawdziwe
W ciemności zgubione
Przed ludźmi schowane
Drogi szuka wciąż
Drogi szuka wciąż

Maleńkie światełko na krańcach ciemności
Jasne okna domu majaczą w oddali
Wewnątrz moje serce tak bardzo spragnione
By siebie pokochać, by się w jedność scalić

Małe przerażone „ja”
Małe przerażone „ja”
Poranione wrażliwe płochliwe
Połamane ukryte prawdziwe
Z miłości stworzone
Dla miłości żyje
Bardzo kochać chce
I kochanym być

Małe przerażone „ja”
Małe przerażone „ja”
Poranione wrażliwe płochliwe
Połamane ukryte prawdziwe
Odnalazło drogę
Wróciło do domu
Puka do mych drzwi
Puka do mych drzwi

Barykada na progu

fot. pixabay.com

Gadające głowy kłócą się o rację
Nie wynika z tego absolutnie nic
Napiszą w ustawie co jeść na kolację
Mam im przytakiwać jak bezwolny widz

Spadam
Spadam
Spadam
W bezdenną studnię zagubienia
Jak Ikar co
Chciał uciec stąd
Prawda i kłamstwa wymieszane
Zwątpienie żre
Duszę jak trąd

Prawica, lewica, władza, opozycja
Chcą inwigilować, sprawdzać noc i dzień
Nie masz prywatności, żyjesz wirtualnie
Gdy Wielkiego Brata stale widzisz cień!

Mam dość
Mam dość
Mam dość
Mam dość waszego zakłamania
Nie wierzę wam,
zostawcie mnie,
Was nie obchodzi moje dobro
O władzy smak
Bijecie się!

Tysiące pomysłów jak ustawiać życie
Ludziom co zmęczeni nie chcą walczyć już
Ciężary nakładać nie do uniesienia
Małym pionkiem jesteś, więc pokornie służ!

Krzyczę
Krzyczę
Miotam
Słowa protestu jak kamienie
Niewolnik co
Zbuntował się
Na progu domu barykadę
Z mojej wolności
Stworzyć chcę!

Cały jestem…

fot. Adam Olszak

Zapadam się w popiół
Ze spalonych marzeń
Połamanych ideałów
Daremnie szukam oparcia
Popiół wszędzie popiół
W ustach uszach oczach przełyku płucach
Cały jestem popiołem
Cały jestem prochem

Spadam wciąż spadam
W głąb studni bezdennej
Bez punktu odniesienia
Pogrążony w ciemności
Cały jestem spadaniem
Cały jestem krzykiem

Rozpadam się
Na miliony kawałków
Bezużyteczny
Jak stłuczony dzban
Cały jestem cierpieniem
Cały jestem bólem
Pragnieniem nieistnienia
I kłębkiem bezsensu

Czy jest ręka co chwyci
I złoży w całość na nowo
Czy jest słońce co ciemność
Rozjaśni o świcie
Czy jest źródło co sensem
Napełni raz jeszcze

Przyjdź
Wołam

Czasem warto…

fot. Adam Olszak

Czasem warto dojść do ściany
Spojrzeć w oczy niepewności
Zgasić lampę swej wszechwiedzy
Zakosztować bezsilności.

Choć mi mówią: wszystko możesz
W Twoich rękach Twoje życie!
Widzę, że i przegrać trzeba,
Stracić… łzę uronić skrycie.

Bo nie wszystko w życiu bywa
Czyste, jasne, oczywiste.
Oprócz dni skąpanych w słońcu
Są też i poranki mgliste…

Po co? Abym nie zapomniał
Że człowiekiem jestem tylko
Że nie jestem wszechmogący
Że me życie – krótką chwilką.

Lecz choć ciemność znów spowiła
Zakamarki mojej duszy
Ufam: rano słońce wzejdzie
I zwątpienia mgłę osuszy.

Ale nawet gdyby zgasło
Niczym lampa wypalona
Wierzę, że znów walczyć będą
Wyczerpane me ramiona.

Znów zaczynam, mimo bólu
Walkę, by sens znaleźć życia
Wiele pięknych chwil przede mną
Nowych lądów do odkrycia!

W ciemności marzę

fot. Adam Olszak

Noc zasnuta mgłą
Sekretem ziemię okrywa
Zmierzch gęstnieje wciąż
powoli ciemność nadpływa
Gdy szarość spowija mnie
W półmroku marzę i śnię
Wspominam te chwile szczęśliwe
Gdy życie sens miało i cel
Gdy oczy twe dobre widziałam
Gdy obok mnie byłeś co dzień…

Gdzie podziały się
Te chwile co radość nam niosły
Kto odebrał je
Okrutny i bezlitosny
Czy diabeł zrządził czy Bóg
Czy szczęścia ludzkiego wróg
Że nie ma cię znowu w mym życiu
Że pustka została i ból
Że zagrać mi przyszło w tej sztuce
Najbardziej bolesną z ról

Lecz chociaż ból serce przeszywa
Dziś ci za wszystko dziękuję
Przy tobie byłam szczęśliwa
Wciąż kocham i nie żałuję
Choć zabrał mi ciebie zły los
Ja w niebo wzbijam dziś głos
Czasami warto jest żyć
Dla kilku chwil
Szczęśliwych tak…

Gdzie odszedłeś stąd
Kto wezwał cię tak niespodzianie
Jak odnaleźć sens
Na nowo gdy nic nie zostanie
Budować niełatwo jest tam
Gdzie człowiek zostaje sam
Wśród ruin dymiących i zgliszczy
Co życiem Twym były ze snu
Obudzić się trzeba boleśnie
Otworzyć oczy bez tchu…

Lecz chociaż tęsknota za tobą
Nad głową wciąż tkwi jak urwisko
Wciąż wierzę że ty gdzieś istniejesz
Że jesteś przy mnie tu blisko
Choć uśmiech twój zniknął już stąd
Odkrywam nadziei znów ląd
I wierzę że ujrzę cię znów
Gdy witasz mnie
Na skraju snu…

…ja widzę cię stale w mych snach
Obecność twą czuję gdy w drzwiach
Wiatr świecy płomieniem poruszy
Ja wtedy wiem
Że jesteś tu
…że kocham wciąż….

Uwierz słońcu

fot. Adam Olszak

Ból istnienia przenika do głębi
Pali serce jak gorycz trująca
Chmura myśli pod czaszką się kłębi
Niepokoi i uwiera jak cierń

Lecz choć niemoc bezsilna cię gnębi
To nadzieja – jaskółka kwiląca
wyswobodzić z pazurów jastrzębi
jest się w stanie – nieuchwytna jak cień

Bo gdy ciemność krzyczy i pustka dokoła
Kiedy smutek osacza wszechobecny jak mgła
Na dnie serca jakiś nieśmiały głos woła
Że wyjść krok po kroku z labiryntu się da
I rozplątać może się to, co splątane
I że jeszcze odnajdziesz w życiu radość i sens
Tylko uwierz słońcu że wzejdzie nad ranem
I osuszy łzy słone z pajęczyn twych rzęs…

A gdy wreszcie promień światła
Padnie na łez rosę świętą
Blask im nada tajemniczy
Najczystszym równy diamentom…

Bo gdy ciemność krzyczy i pustka dokoła
Kiedy smutek osacza wszechobecny jak mgła
Na dnie serca jakiś nieśmiały głos woła
Że wyjść krok po kroku z labiryntu się da
I rozplątać może się to, co splątane
I że jeszcze odnajdziesz w życiu radość i sens
Tylko uwierz słońcu że wzejdzie nad ranem
I osuszy łzy słone z pajęczyn twych rzęs…

Produkt

fot. Adam Olszak

Jestem produktem
Perfekcyjnym wytworem
Geniuszy marketingu
Mistrzem autoprezentacji
Kreatorem wizerunku

Liczy się tylko prezencja
Maska jak etykieta
Sztuczny uśmiech jak cukierkowa reklama
Wojna pozorów i złudzeń
Kolejne zwycięstwa odtrąbione na Facebooku
Wystawiam się na sprzedaż
Za prestiż i uznanie
Kupujecie mnie
Za walutę podziwu i zazdrości

Nikt nie pyta o cenę
Ani co czuję i myślę
Bo przecież muszę być szczęśliwy
Każdy by był na moim miejscu

Produktu się nie kocha
Tylko używa
Ma spełniać oczekiwania
Zaspokajać potrzeby
Poprawiać samopoczucie
Produkt nie może mieć wad
Ani wołać o miłość
To kłopotliwe i niepożądane
Produkt ma znać swoje miejsce
I nie żądać niemożliwego

Produkt upadł na ziemię
Brudny i potłuczony
Z pękniętego opakowania
Wypadł rój niewygodnych pytań
Wątpliwości rozsypane
Niczym okruchy szkła
O które łatwo się skaleczyć
Produkt rozczarował
Przeceniony
Do utylizacji

Czy teraz wreszcie
Pozwolicie mi być sobą?

Ciemność przenikam wzrokiem

fot. Adam Olszak

Ciemność przenikam wzrokiem
Sen odleciał daleko
Życie puste i smutne
W teatrze iluzji gram
We mgle marzeń majaczy
Czyjaś twarz rozmazana
Szarpie duszę pytaniem:
Skąd tak dobrze ją znam?

Kiedy się wreszcie odnajdziesz
Tak znany, choć nieznajomy?
Kiedy w mym życiu zamieszkasz?
Kiedy stworzymy dom?
Przyjdź już, bo sił mi brakuje,
Pozwól się wreszcie odnaleźć
Stań tak realny przede mną
Ja czekam na przekór łzom!

Przyszedłeś niespodziewanie,
Gdy biegłam naprzód w amoku
Wiarę mi przywróciłeś,
Że można inaczej żyć!

Odnalazłeś się wreszcie
Wyśniony i wyczekany
Zamieszkałeś w mym życiu
Razem stworzymy dom!
Zostań już ze mną na zawsze
Chcę się budzić przy Tobie
Warto było na Ciebie
Czekać na przekór łzom.

Pytania bez odpowiedzi

fot. Adam Olszak

Oczywistość gdzieś się zatraciła
Nie ma już prostych odpowiedzi
Kształty są jasne i nieostre
Wątpliwości jak rój szerszeni

Mała iskra może rozniecić pożar
Choć chmury ciemne deszcz niosą
Ktoś powyrywał drogowskazy
Każdy krok to ryzyko potknięcia

Wszystkie dogmaty nagle podważone
Rozłożone na pierwsze czynniki
Pytania rzucam na wiatr
Wiedząc że utoną w milczeniu

Twoje oczy jak morska latarnia
Wśród fal wszechogarniającego chaosu
Ale do ciszy bezpiecznej przystani
Jeszcze daleko przez mielizny i skały

Okrutna jest wolność i bezlitosna
Choć tak bardzo jej pragniemy
Ciężarem nieznośnym się staje
Gdy nikt nie zdejmie odpowiedzialności

Błądzić jest rzeczą ludzką
Choć czasem cena bardzo wysoka
Gdy niepewność sprzymierzy się z lękiem
Tylko miłość stawi im czoła

Spadanie

fot. Adam Olszak

Ciemność tak gęsta
Że nieprzenikniona
Owija duszę
Jak gruba zasłona
Blokuje oddech
Obezwładnia lękiem
Sprawia że się staję
Cały cichym jękiem
Dochodzącym z dna….

Spadam jak kamień
Połamane skrzydła
Upadły anioł
Zaplątany w sidła
Nie wiem, kim jestem
Odrzucam sam siebie
Nie mam już miejsca
Na ziemi ni w niebie
Spadam, spadam wciąż!

Czy ktoś mnie chwyci?
Czy ktoś jęk usłyszy?
Czy krzyk bezgłośny
Rozmyje się w ciszy?
Gdzie szukać światła?
Jak zbudzić odwagę?
Jak się zatrzymać,
Chwycić równowagę?
Bezsilność jak noc.

Już nie mam siły
Walczyć z nieważkością
Ciągle przegrywać
Ze swoją małością
Na twarzy błoto
Ze wstydem zmieszane
Wnika w mą duszę
Przez łzy co nad ranem
Z oczu sączą się

Gdzie jest nadzieja?
I jak ją obudzić?
Dać sobie szansę
Lub przestać się łudzić?
Walczyć uparcie
Czy już zejść ze sceny?
Jak się uwolnić
Od duszy gangreny?
Pytam, pytam wciąż…

Chmura

fot. Adam Olszak

Ciemna chmura w oddali
Budzi lęk przed nieznanym
Sparaliżowany
Świat czeka na cios

Jako chłopiec
Uciekałem przed nią
Szukałem schronienia
Na odludnym strychu świata

Jako mężczyzna
Wchodzę w nią odważnie
Pozwalam się ogarnąć
By odkryć zdumiony
że składa się z miłości
choć wymieszanej z cierpieniem

Tylko to połączenie jest prawdziwie płodne
Zdolne porwać pod niebo, zmienić planet bieg
Jak chemiczna reakcja wyzwala energię
Porywa do walki, pokonuje lęk.

Pytania w drodze

fot. Adam Olszak

Jak krótka droga nas dzieli
Od szczęścia i świata u stóp
Do smutku i cienia doliny
Gdzie diabeł ukrywa swój łup

Liściem jesteśmy na wietrze
Plewą niesioną przez wiatr
Gdy podmuch nas wyżej poniesie
Wierzymy, że nasz jest ten świat…

Za moment nadciąga chmura
I słońce szczelnie zakryte
Smutek się gęsty rozlewa
Kontury rzeczy rozmyte

Jak równowagę zachować
Jak mądrość zdobyć co trwa
Rozpoznać to, co możliwe
Od tego, w co obłęd nas pcha?

Marność – Kohelet powiada
– Lecz nad tą marnością jest Ktoś
Kto do miłości nas stworzył
Kto nas przenika na wskroś

Kto trzyma nas w swoim ręku
Policzył każdy nasz włos
Chce, byśmy byli szczęśliwi
Ważny dla Niego nasz los.

Lecz rany w sercu sprawiają
Że nie wierzymy Mu już
Lęk przed Nim, brak zaufania
Życie zamknięte na klucz…

Ale On czeka cierpliwie
By w progu powitać cię
Nie będzie robił wymówek
Tylko miłości twej chce.

Więc wracaj… wracaj do domu
Serce błądzące gdzieś tam
Tu twoje miejsce, tu właśnie
Wróć… jarzmo goryczy złam…

Może właśnie tak trzeba

fot. Adam Olszak

Twoje oczy jak studnie pełne tajemnic
Widzę w nich miłość i ból
smutek i lęk, radość i szczęście
Rozum, pragnienia i serce
Splecione w zażartej walce
Konglomerat uczuć i zdarzeń
Prawdziwy ekran duszy
Każda sekunda to nowe odkrycie

Czasem spojrzenie wystarczy
Nie trzeba mówić za dużo
Gdy każde słowo coś znaczy
Realne aż do bólu
Jak karta rzucana na stół
W rozgrywce gdzie stawką jest życie

Gdzieś tam – tuż obok nas
Bóg patrzy spod przymkniętych powiek
On już zna zakończenie
My idziemy we mgle
Szukamy drogi po omacku
Co jest prawdą, a co iluzją
Co odpowiedzialnością, a co słabością
Są tylko pytania nie ma odpowiedzi

A może to właśnie tak trzeba
W ciemnościach i bez drogowskazu
Upadać i powstawać
Aby w końcu dorosnąć
Odnaleźć swój kompas w sercu
Uwolnić w sobie odwagę
I zacząć żyć naprawdę

Czas decyzji

fot. pixabay.com

Stoisz na rozstajach dróg, co w dal prowadzą
Pytasz o decyzje, które sens nadadzą
Sekundom, co płyną niczym w rzece woda…
Miłość i spełnienie to Twoja nagroda.

Strach karmi się smutkiem, odwaga – nadzieją.
Czasem ponad głową zdarzenia się dzieją
Czasem w ciężkim trudzie codziennym kiełkują
Szczyty zdobywają ci, co ryzykują.

Trwoga może ścisnąć za gardło nieznośnie,
Szantażuje, skamląc pod drzwiami żałośnie
Nie przewidzisz wszystkich możliwych wydarzeń
Lecz nie pozwól nigdy pozbawić się marzeń!

Udręka to straszna, ogromne cierpienie
W lustrze wspomnień widzieć szans straconych cienie
I rozpamiętywać przeszłość, co nie wróci
Niczym przy ruletce zgorzkniali bankruci.

Wiesz, czym się smucili ci, co umierali?
Nie brakiem kariery … lecz że nie kochali
I że żyli w maskach, by innym dogodzić
To pęknięcie serca trudno załagodzić…

Możesz więc pójść naprzód przez morze otwarte
Lub obstawiać nadal lęku zgraną kartę
Poddać się pokornie, wrócić do niewoli
I nie myśleć więcej o duszy, co boli…

Chociaż boleć będzie… jak cierń wbity w rękę
Który niewyjęty ciągłą sprawia mękę.
I ból ten zagłuszyć próbujesz daremnie
Póki nie zrozumiesz: „Me szczęście jest we mnie!”

To jest czas decyzji, czas rozstajnych dróg
Wybierz mądrze, abyś w lustro spojrzeć mógł!

Korytarze

fot. Adam Olszak

Betonowe korytarze
skapane w zimnym świetle
nie widzą nigdy słońca
prowadzą głęboko pod ziemię

Czasem trzeba zejść i tam
by wyjść po drugiej stronie
i choć strzałka każe skręcić
ty idziesz po swojemu
na przekór drogowskazom

Pogrążony w samotności
kontemplujesz posępny urok
odrapanych ścian
goniąc myśli co biegną
od banałów do spraw największych

Trzeba wracać na powierzchnię
zanurzyć się na nowo
w ciemne objęcia nocy
aby iść dalej
choć sam nie wiesz dokąd

Jesień

fot. Adam Olszak

Jestem gdzieś daleko
Na Antarktydzie emocji
Dusza dygoce w chłodzie
Smagana wątpliwości strugami

A jeszcze tak niedawno
Chodziliśmy za rękę
Skąpani w słońca promieniach
Wszystko zdawało się proste

Jesień przyszła po cichu
Zaciągnęła niebo chmurami
Nie miała cienia litości
Dla drzew, które z liści odarła

Dni krótkie i pochmurne
Dusza w kłębek zwinięta
Zasłania się tarczą wspomnień
Przed pytań natrętnych hałastrą

Przyjdź do mnie proszę, po cichu
Połóż mi rękę na czole
Niech mnie przeniknie ciepłem
Twoja obecność duchowa…

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén