Category: Sytuacyjne (Page 1 of 2)

Trochę

Fot. Adam Olszak

Skoro już żyć mi przyszło:
Trochę westchnę
Zjem trochę
Trochę wypiję
Szalem się trochę owinę

Trochę posłucham
Pomówię trochę
Trochę zobaczę
Trochę pokażę

Trochę posiedzę
Trochę poleżę
Trochę pobiegnę
Potknę się czasem

Trochę przeproszę
Trochę oskarżę
Trochę zaufam
I trochę zdradzę

Przeminę całkiem…

Ballada o strumieniu

fot. Adam Olszak

Strumień przy źródle jest wąską strugą
Wije się lekko wśród skał i kwiatów
Jeszcze niepewny, szuka kierunku
Chce naprzód płynąć, lecz nie wie dokąd.

Od zdroju coraz dalej odpływa
Jednak nie słabnie… lecz zasilany
Wodą dopływów, deszczu kroplami
Stale się wzmacnia i potężnieje.

Na górskich zboczach nagle przyspiesza
Sprężysty, wartki, młodością gnany
Jego energia może pomagać
Lub niszczyć wszystko na swojej drodze.

Gdy przez równinę szlak jego wiedzie
Dostojnie zwalnia, pluszcze leniwie,
A brzegi zdobi jasną zielenią
Bo gdzie dociera, tam wraca życie.

Są również lęku wiry zdradliwe
Jest susza, która siły wypala
I ciemne chmury – skrzydła aniołów,
Co nowy zapał przynoszą z nieba.

Dokąd wędrujesz, jasny strumieniu?
Kto twych zakrętów linię wyznaczył?
W blasku księżyca szepczesz pytania
Gdy powiew zmąci gładkość odbicia.

Gdzieś jest ocean… przyzywa głębią
Lecz zanim jego częścią się staniesz
Możesz się złączyć z innym strumieniem
By dwa jak jeden odtąd płynęły…

Dlatego warto, choć serce krwawi
Dać się zaskoczyć o wschodzie słońca…

Zaczadzenie

 

fot. Adam Olszak

Twoich kłamstw zaczadzony koszmarem
Smogiem marzeń toksycznych zatruty
Duszę się

Chcę uwolnić się wreszcie od ciebie
Fotografie z albumu pamięci
Palą się

Powietrze chwytam łapczywie
Każdy oddech to walka o życie
Normalność jak tlenu łyk
Do wyjścia biegnę na oślep
Z labiryntu wciąż uciec próbuję
Zwierzę schwytane we wnyk

W gęste bagno chaosu zapadam
Bezskutecznie oddzielić próbuję
Ziarna słów

Co jest prawdą – co fatamorganą
Wyobraźni twej chorej iluzją
Nie wiem znów

Rozczarowanie jak chmura
Dym trujący me płuca wypełnia
Nie chcę przeszłością już żyć
Odrzucam cię tu i teraz
Swoje łgarstwa dla innych zachowaj
Ja chcę do słońca się wzbić

Linę wspomnień tnę beznamiętnie
By niepamięć je mogła pochłonąć
Z tobą wraz

Żrący balast za burtę wyrzucam
Spada w przepaść by zniknąć na zawsze
Błędów głaz

Skończona mroczna udręka
Czysta radość w mych oczach pulsuje
Życie cudowne jest tak
Wolnością wreszcie oddycham
Znowu w miłość uwierzyć potrafię
Ku szczęściu wybieram szlak!

Moja droga

fot. Adam Olszak

Dokąd prowadzisz drogo kręta:
Na szczyty gór czy ku zagładzie?
Przed siebie gnam niepowstrzymanie
Choć mrok się już na ziemię kładzie.

Co czeka na mnie za zakrętem?
Map nie chcę – wolę mknąć w nieznane
Choć nieraz wąsko i pod górę
Sam jestem swojej drogi panem.

Wydłużają się cienie
Gwiazdy już na niebie
Kompasem są
Ciemność mnie nie zatrzyma
Życie jest podróżą
Odwieczną grą!

Pytają mnie, czy gdzieś przystanę
Stabilizacji rajem kuszą
Tacy jak ja nie cierpią klatek
Wciąż nowych ścieżek szukać muszą.

Bez pośpiechu przed siebie
w dal rozsłonecznioną
kocham ten stan
Chociaż przyszłość los ukrył
Za cienia zasłoną
Ja mam swój plan.

A gdy sił już zabraknie
I powietrza w płucach
Do raju bram
Droga mnie poprowadzi
W księżycowym blasku
Pójdę nią sam…

Nocne miasto

fot. Adam Olszak

Ciemność ogarnia świat nieubłagana
Jak wąż co pełznie cicho do zdobyczy
Gdy zmierzch zapada wychodzę na górę
Spoglądam w dal

Dżungla z betonu rozżarza się blaskiem
Sztucznych latarni co namiastką słońca
Na horyzoncie płomienna poświata
Wspomnienie dnia

Gdy światła miasta zapalają się
Myślą ogarniam dzień, który przemija
Wieczorna bryza chłodzi czoło me
Niebo i ziemię z wolna mrok spowija

Okna kamienic kryją tajemnice
Codziennych kłótni, miłosnych uniesień
Modlitwy w niebo jak ptaki pijane
Unoszą się

A wreszcie senność nadciąga leniwie
Opuszcza powiek ekrany zmęczone
By oniryczne obrazy jak filmy
Wyświetlić nam

Bo dzień od nocy nieodłączny jest
Jak śmierć od życia, od jesieni wiosna
Pomiędzy jawą biegniemy i snem
Aż śmierć na progu stanie bezlitosna…

Manekin

fot. Adam Olszak

Pytasz, czemu tak się stało
Kiedy miłość zardzewiała
Skąd ta przepaść między nami
Jakby ziemia popękała
Ciągle w siebie zapatrzony
Przed decyzją znów uciekasz
Nie chcesz jasno odpowiedzieć
Lawirujesz, kluczysz, zwlekasz

Nie można kochać tylko połowicznie
Traktować kogoś jak natrętną muchę
Agresją ranić, kąsać ustawicznie
Rozmowę gasić niecierpliwym ruchem
Wypychać kogoś poza nawias życia
Twierdząc, że przecież wszystko jest w porządku
Stawiać przed sobą mur nie do przebicia
Tchórzostwo chować pod maską rozsądku

Kwiat bez wody najpierw więdnie
Jeszcze walczy, trwać próbuje
Z każdą chwilą schnie, wiotczeje
Nic już go nie uratuje.
Obojętność jak nowotwór
Który sens miłości zżera
Niszczy jedność, zaufanie
Jadowity jak chimera.

W schematach swoich ciągle uwikłany
Cofasz się zaraz, gdy bliskość poczujesz
Choć mówisz, że masz dość takiego życia
To nie jest prawda… Ty ciągle blefujesz.
Zamiast miłości – podziw i pieniądze
Życie pozorne zamiast prawdziwego
Pustym bez serca jesteś manekinem
Dopóki wreszcie nie zrozumiesz tego.

Wiosna

fot. Adam Olszak

Zima ustępuje wiosną zawstydzona
Cofa się niechętnie, na północ odpływa
Tylko dziury w asfalcie niczym świeże rany
Resztki brudu, którego śnieg już nie zakrywa

Lecz gdy promień światła padnie na kałuże
Mokry asfalt skrzy się jak kolie brylantowe
Poszarzałe ulice, popękane mury
Odzyskują piękno
To co złe minęło
I wszystko jest nowe

Skuleni jak pająki w zimnie i ciemności
Oczy przecieramy blaskiem oślepieni
Wybudzeni z apatii, drętwej rezygnacji
Skazańcy ułaskawieniem nagłym zaskoczeni

Warto było do ciebie iść wiosno niepowstrzymana
Warto było przez zaspy brnąć resztkami woli
Za nami nocy ciemnej sny przygnębiające
Budzimy się do życia, które już nie boli…

Wylogowana

fot. Adam Olszak

Długi ogon cudzych spraw
Ciągniesz za sobą co dzień wytrwale
Dokądś biegniesz, szarpiesz się
Lecz takie życie nie cieszy Cię wcale
Telefon wciąż
tkwi w ręce Twej
jak ostry miecz.

Jak kukiełka w teatrzyku
swoją rolę grzecznie grasz
Choćby serce wyło z bólu
Uśmiech zdobi Twoją twarz

Niespełnienia czujesz ból
Łzy Twe w poduszkę co noc wsiąkają
O uznanie żebrzesz tych,
Którzy oddaniem Twym pogardzają
Jak przedmiot, co
Przydatny jest
Traktują Cię

Mówisz: „Nikt mnie nie rozumie,
Radzę sobie sama znów”
Lecz odpychasz dłoń pomocną
Wokół siebie kopiesz rów.

Czy kamienny przerwiesz krąg
Pokonasz lęk swój, zrzucisz kaganiec
Czy po prostu chcesz tak żyć
Niczym bezradny w celi skazaniec
Ofiarą być
Na pewno też
Swe plusy ma

Popatrz: morze się otwiera
Abyś suchą stopą szła
Pójdziesz naprzód czy zawrócisz
Bo wciągnęła Cię ta gra?

Dzień Kobiet

fot. Adam Olszak

Kiedyś goździki i rajstopy
Dziś bombonierki i tulipany
Wirtualne róże i całusy
Życzenia i zapewnienia

A wszystko to wyraz bezradności
Hołd nieświadomie złożony
U bram niezdobytej twierdzy
Biała flaga
W obliczu metafizycznej pułapki

Jesteście Tajemnicą

Nieprzeniknione w swej głębi
Skomplikowane i nieproste
Zagadki nierozwiązywalne
Pragmatycznym męskim umysłem
Wyzwania rzucone
Chęci wyjaśnienia wszystkiego.

Nie zmieniajcie się
Proszę

Spadanie

fot. Adam Olszak

Ciemność tak gęsta
Że nieprzenikniona
Owija duszę
Jak gruba zasłona
Blokuje oddech
Obezwładnia lękiem
Sprawia że się staję
Cały cichym jękiem
Dochodzącym z dna….

Spadam jak kamień
Połamane skrzydła
Upadły anioł
Zaplątany w sidła
Nie wiem, kim jestem
Odrzucam sam siebie
Nie mam już miejsca
Na ziemi ni w niebie
Spadam, spadam wciąż!

Czy ktoś mnie chwyci?
Czy ktoś jęk usłyszy?
Czy krzyk bezgłośny
Rozmyje się w ciszy?
Gdzie szukać światła?
Jak zbudzić odwagę?
Jak się zatrzymać,
Chwycić równowagę?
Bezsilność jak noc.

Już nie mam siły
Walczyć z nieważkością
Ciągle przegrywać
Ze swoją małością
Na twarzy błoto
Ze wstydem zmieszane
Wnika w mą duszę
Przez łzy co nad ranem
Z oczu sączą się

Gdzie jest nadzieja?
I jak ją obudzić?
Dać sobie szansę
Lub przestać się łudzić?
Walczyć uparcie
Czy już zejść ze sceny?
Jak się uwolnić
Od duszy gangreny?
Pytam, pytam wciąż…

Może już pora?…

fot. Adam Olszak

Co mnie w Tobie urzekło
I dlaczego tak późno
Choć tak długo się znamy
Mijaliśmy się zawsze
Jakieś słowo życzliwe
Mimochodem rzucone
To zbyt mało, by miłość
Wykiełkowała z ziarna
Ku słońcu wspięła się!

Może wreszcie już pora
by się zwrócić ku sobie
Może w końcu czas nadszedł
Prosto w oczy popatrzeć
Może znajdę odwagę
By odważnie powiedzieć
Jak ważna jesteś dla mnie
Jak bardzo z Tobą być chcę!

Czasem chwila wystarczy
Żeby miłość wybuchła
Albo rośnie powoli
Jak roślinka nieśmiała
Miłość do włoskiej kawy
Też jest dobrym pretekstem
Aby spotkać się z Tobą
I pozostać na dłużej
Rozpalić w duszy żar!

Bo nadeszła już pora
by się zwrócić ku sobie
Bo już w końcu czas nadszedł
Prosto w oczy popatrzeć
Już znalazłem odwagę
By odważnie powiedzieć
Jak ważna jesteś dla mnie
Jak bardzo z Tobą być chcę!

…Już zawsze żyć będziemy
Ty dla mnie, dla Ciebie ja!

Czy naprawdę chcesz

fot. Adam Olszak

Mówisz:
Tak chciałabym
Żyć inaczej
Szukasz
Spełnienia marzeń
Co trawią serce twe
Ale
Gdy los ci dał
Nową szansę
Głowę
Chowasz w piasek
I nic nie zmienia się

Czy naprawdę tego chcesz?
W swoje ręce wziąć swój los?
Reżyserem życia swego się stać?
Czemu więc
Tchórzysz wciąż
Wolisz ofiarą być?

Kolejny
Dzień upłynął
Pełen smutku
Dosyć łez!
Czas już przerwać
Strachu zaklęty krąg!

Wojownikiem dziś się stań
Tu i teraz zacznij żyć
Weź odpowiedzialność za każdy dzień
I choć lęk
Ściga Cię
Śmiało spojrzyj mu w twarz!

…Szczęście Twe
W Tobie jest
Poczuj, że moc tę masz!

W obliczu decyzji

fot. by Lidia Kozenitzky, available from http://commons.wikimedia.org/wiki/User:Effib

W jutro zbyt mocno wychyleni
Albo przeszłością zaczadzeni
Nie spostrzegamy, jak ucieka
Chwila obecna – niczym rzeka.

Czas brania odpowiedzialności
I pokonania bezradności.
Więc choćby mocno w twarz Ci wiało
Swym lękom spojrzyj w oczy śmiało

A co pomyślą lub powiedzą
Ludzie, co zawsze lepiej wiedzą?
Rozważ: to Twoje czy ich życie?
Wolisz żyć w smutku czy w zachwycie?

Możesz się więc zaangażować
W życie… lub głowę w piasek schować.
Jesteś kowalem swego losu,
Posłuchaj zatem serca głosu

Bo tylko serce słucha marzeń,
Nie kalkuluje przyszłych zdarzeń,
Wierzy nadziei wbrew nadziei,
Która pękniętą duszę sklei

Pociąg już stoi na peronie
Możesz wziąć sprawy w swoje dłonie
Morze Czerwone się otwiera
Nie jutro, nie za miesiąc. Teraz.

Chmura

fot. Adam Olszak

Ciemna chmura w oddali
Budzi lęk przed nieznanym
Sparaliżowany
Świat czeka na cios

Jako chłopiec
Uciekałem przed nią
Szukałem schronienia
Na odludnym strychu świata

Jako mężczyzna
Wchodzę w nią odważnie
Pozwalam się ogarnąć
By odkryć zdumiony
że składa się z miłości
choć wymieszanej z cierpieniem

Tylko to połączenie jest prawdziwie płodne
Zdolne porwać pod niebo, zmienić planet bieg
Jak chemiczna reakcja wyzwala energię
Porywa do walki, pokonuje lęk.

Mam dość!

fot. Adam Olszak

Kwiaty kup dla cioci
Ładnie ubierz się
Pięknie się uśmiechaj
Nigdy nie mów „nie”

Zawieź na zakupy
Wszak samochód masz
Zawsze bądź pogodny
Miej radosną twarz

Odczepcie się
Ode mnie wreszcie
Zacznijcie własnym życiem żyć
Swe rady też
Sobie zabierzcie
Bo ja mam dość! Chce mi się wyć!

Czemu nic nie mówisz
Napisz, załatw, daj
Bądź jak złota rybka
Swoją rolę graj

Odczepcie się
Ode mnie wreszcie
Zacznijcie swoim życiem żyć
Swe rady też
Sobie zabierzcie
Bo ja mam dość! Chce mi się wyć!

Po czerwonym dywanie

fot. pixabay.com

Staruszka z wózkiem na zakupy
Idzie do nieba
Po czerwonym chodniku
W niemodnym płaszczu
Moherowym berecie

Zmieszana i zawstydzona
Nie rozumie dlaczego
Kłaniają się jej aniołowie
Ministrowie czekają w kolejce
Prezesi przepuszczają w drzwiach

Przecież nic nie zrobiła
Nie zbawiła świata
Nie wynalazła szczepionki
Nie załatała budżetu
Nie rozbroiła bomby atomowej

Mogła się tylko modlić
Cierpliwie bawić wnuki
Odwiedzać chorą sąsiadkę
Ale to przecież normalne
Więc o co tyle krzyku

Lecz każdy krok w stronę światła
Sprawia że lepiej rozumie
Boga co płaci stokrotnie
Za rzeczy nawet te małe
Lecz wykonane z miłością

Czas decyzji

fot. pixabay.com

Stoisz na rozstajach dróg, co w dal prowadzą
Pytasz o decyzje, które sens nadadzą
Sekundom, co płyną niczym w rzece woda…
Miłość i spełnienie to Twoja nagroda.

Strach karmi się smutkiem, odwaga – nadzieją.
Czasem ponad głową zdarzenia się dzieją
Czasem w ciężkim trudzie codziennym kiełkują
Szczyty zdobywają ci, co ryzykują.

Trwoga może ścisnąć za gardło nieznośnie,
Szantażuje, skamląc pod drzwiami żałośnie
Nie przewidzisz wszystkich możliwych wydarzeń
Lecz nie pozwól nigdy pozbawić się marzeń!

Udręka to straszna, ogromne cierpienie
W lustrze wspomnień widzieć szans straconych cienie
I rozpamiętywać przeszłość, co nie wróci
Niczym przy ruletce zgorzkniali bankruci.

Wiesz, czym się smucili ci, co umierali?
Nie brakiem kariery … lecz że nie kochali
I że żyli w maskach, by innym dogodzić
To pęknięcie serca trudno załagodzić…

Możesz więc pójść naprzód przez morze otwarte
Lub obstawiać nadal lęku zgraną kartę
Poddać się pokornie, wrócić do niewoli
I nie myśleć więcej o duszy, co boli…

Chociaż boleć będzie… jak cierń wbity w rękę
Który niewyjęty ciągłą sprawia mękę.
I ból ten zagłuszyć próbujesz daremnie
Póki nie zrozumiesz: „Me szczęście jest we mnie!”

To jest czas decyzji, czas rozstajnych dróg
Wybierz mądrze, abyś w lustro spojrzeć mógł!

Zatrzymaj się!

fot. Adam Olszak

Dokąd tak biegniesz, serce przerażone,
Dzikim obłędem wiecznie napędzane!?
Że szczęście w innych lub gdzieś indziej leży
Wierzysz… i płaczesz samotne nad ranem

W tym owczym pędzie co donikąd wiedzie
Uciekasz – przed kim? Nie wiesz… Całe życie
Szukasz tej jednej perły drogocennej
Którą poniesiesz do domu w zachwycie

Lecz zamiast perły szkiełka kolorowe
Życie podsuwa… mienią się fałszywie
Aby je zdobyć, marnujesz swe siły
Rzucasz się na nie i chwytasz łapczywie…

A przecież szczęście jest tak blisko Ciebie
Ono jest w Tobie… tam na dnie głęboko
Tę walkę musisz sam ze sobą stoczyć
Ze swoim lękiem stanąć oko w oko

Zielone ślepia chorych wyobrażeń
Zgasisz gdy spojrzysz prosto w ich źrenice
One zaszkodzić ci nijak nie mogą
Ty sam wyznaczasz ich władzy granice

Twe szczęście samo pragnie Cię odnaleźć
Biegnie za Tobą, wzywa Cię codziennie
Więc się zatrzymaj… i wsłuchaj się w siebie
W przeciwnym razie – miotasz się daremnie…

Korytarze

fot. Adam Olszak

Betonowe korytarze
skapane w zimnym świetle
nie widzą nigdy słońca
prowadzą głęboko pod ziemię

Czasem trzeba zejść i tam
by wyjść po drugiej stronie
i choć strzałka każe skręcić
ty idziesz po swojemu
na przekór drogowskazom

Pogrążony w samotności
kontemplujesz posępny urok
odrapanych ścian
goniąc myśli co biegną
od banałów do spraw największych

Trzeba wracać na powierzchnię
zanurzyć się na nowo
w ciemne objęcia nocy
aby iść dalej
choć sam nie wiesz dokąd

Góry

fot. Adam Olszak

Tyle codziennych spraw i dylematów
To, czym żyjemy, co jest życia treścią
Wybory trudne i zwykłe, codzienne
Bo każde życie – inną opowieścią

A góry patrzą spod przymkniętych powiek
Na ludzkich istnień długie korowody
Dla nich jesteśmy tylko krótkim mgnieniem
Maleńkim pyłkiem, w rzece kroplą wody…

Swym majestatem mogą odczarować
Sprawy, co się tak bardzo ważne zdają
I oglądane z innej perspektywy
Drobiazgiem mało znaczącym się stają

Warto więc w góry zawitać czasami
By złapać dystans, by trochę ochłonąć
Aby proporcje właściwe przywrócić
Zapałem, wiarą na nowo zapłonąć.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén