Category: Emocjonalne (Page 1 of 2)

Samotność

fot. Adam Olszak

W myślach biegną cienie ludzi
Rosną jak chmury gnane wiatrem
Mijają
Poranek jest zimny

Uściski, ukłony
Gest nad słowem zawieszony
Niechby chociaż słońca promyk
Żar ognia

Wyrazy uznania
Nadziei
Życzenia z głębi dobrego wychowania
Mówią, że będzie dobrze
Ale nie mówią – dlaczego

Łza – zdrajczyni – opuszcza
Ukradkiem oko
Trochę ciepła.

Zaczadzenie

 

fot. Adam Olszak

Twoich kłamstw zaczadzony koszmarem
Smogiem marzeń toksycznych zatruty
Duszę się

Chcę uwolnić się wreszcie od ciebie
Fotografie z albumu pamięci
Palą się

Powietrze chwytam łapczywie
Każdy oddech to walka o życie
Normalność jak tlenu łyk
Do wyjścia biegnę na oślep
Z labiryntu wciąż uciec próbuję
Zwierzę schwytane we wnyk

W gęste bagno chaosu zapadam
Bezskutecznie oddzielić próbuję
Ziarna słów

Co jest prawdą – co fatamorganą
Wyobraźni twej chorej iluzją
Nie wiem znów

Rozczarowanie jak chmura
Dym trujący me płuca wypełnia
Nie chcę przeszłością już żyć
Odrzucam cię tu i teraz
Swoje łgarstwa dla innych zachowaj
Ja chcę do słońca się wzbić

Linę wspomnień tnę beznamiętnie
By niepamięć je mogła pochłonąć
Z tobą wraz

Żrący balast za burtę wyrzucam
Spada w przepaść by zniknąć na zawsze
Błędów głaz

Skończona mroczna udręka
Czysta radość w mych oczach pulsuje
Życie cudowne jest tak
Wolnością wreszcie oddycham
Znowu w miłość uwierzyć potrafię
Ku szczęściu wybieram szlak!

Warszawa

fot. Adam Olszak

Fale mgieł porannych miękko obmywają
Eterycznych wieżowców rafy koralowe
Pierwszy promień słońca jak morska latarnia
Drogę pokazuje zbłąkanym w ciemności

Tak milcząco i sennie jest tylko o świcie
Później jazgot zgrzytliwy ciszy żyć nie pozwala
Puls codziennych bolączek przyspiesza szaleńczo
Przez ciasne żyły ulic spraw ludzkich krwiobieg pcha

Miasto niepokonane
Z morza ruin wzniesione
Czasem cię nie rozumiem
Z frustracji kląć chcę i wyć
Miasto wciąż zapędzone
Ze złudzeń odzierające
Kocham i nienawidzę
Lecz tutaj właśnie chcę żyć

Może jak kot mruczeniem do snu spokojnie kołysać
Lecz umie też poranić i podrapać do krwi
Przeżuwa i wypluwa, i nie masz cwaniaka
Z tych, co chcą je ujarzmić, prosto w twarz sobie drwi

Budzi lęk i urzeka
Jak narkotyk zniewala
Zmienne niczym pogoda
Obojętne jak głaz
Ale gdzieś na dnie serca
Dziwny ogień zapala
Który nigdy nie zgaśnie
Nim wypełni się czas…

Miasto niepokonane
Z morza ruin wzniesione
Czasem cię nie rozumiem
Z frustracji kląć chcę i wyć
Miasto wciąż zapędzone
Ze złudzeń odzierające
Kocham i nienawidzę
Lecz tutaj właśnie chcę żyć!

Kłamiesz

fot. Adam Olszak

Kłamiesz kłamiesz kłamiesz
Kłamiesz kłamiesz kłamiesz

Kłamstwo to twoje drugie imię
Na każdym kroku, w każdej chwili
Oddychasz kłamstwem, żyjesz nim

Z kłamstwa utkane twoje słowa
Sączą się z ciebie jak trucizna
pełzają jak trujący dym

Kłamiesz kłamiesz kłamiesz
Kłamiesz kłamiesz kłamiesz

Kłamstwem twa mowa przesiąknięta
Składasz się cała z pustych dźwięków
Fatamorganą jesteś złudną
Płaskim obrazkiem na ekranie

Opakowaniem plastikowym
Tych, co zaufać tobie chcieli
Porażasz żądłem jadowitym
Które morduje zaufanie.

Kłamiesz kłamiesz kłamiesz
Kłamiesz kłamiesz kłamiesz

Jesteś bańką mydlaną
Utkaną z iluzji
Niczym obraz odbity
Na powierzchni wody
Lepkim miodem zatrutym
Na naiwne muchy

Jak pająk co sieć swoją snuje
Słodką trucizną ją pokrywa
By zwabić tych co szczęścia pragną
Uwikłać w sieć, odebrać radość
Poddać kontroli, wyssać życie

Kłamiesz kłamiesz kłamiesz
Kłamiesz kłamiesz kłamiesz

Jak żmija co ucieczki szuka
W swych kłamstwach wijesz się bez końca
Aż padniesz nimi przygnieciona

Jak dom bezmyślnie zbudowany
Z piękną fasadą, choć na piasku
Co runął z hukiem w mrok i zamęt!

Kłamiesz kłamiesz kłamiesz
Kłamiesz kłamiesz kłamiesz

Małe przerażone „ja”

fot. Adam Olszak

Kim jestem? Wciąż nie wiem. Szukam odpowiedzi.
Maski na mej twarzy. Maski, maski, maski.
Trzymają się mocno lękiem przyklejone
Gdy tańczę przed światem, by słyszeć oklaski

Gdzieś tam pod maskami jestem ja prawdziwy
Gdzieś tam żyje moje „ja”, co przerażone
Błądzi samo w ciemnym nieprzyjaznym lesie
Wrócić chce do domu tułaczką zmęczone

Małe przerażone „ja”
Małe przerażone „ja”
Poranione wrażliwe płochliwe
Połamane ukryte prawdziwe
W ciemności zgubione
Przed ludźmi schowane
Drogi szuka wciąż
Drogi szuka wciąż

Maleńkie światełko na krańcach ciemności
Jasne okna domu majaczą w oddali
Wewnątrz moje serce tak bardzo spragnione
By siebie pokochać, by się w jedność scalić

Małe przerażone „ja”
Małe przerażone „ja”
Poranione wrażliwe płochliwe
Połamane ukryte prawdziwe
Z miłości stworzone
Dla miłości żyje
Bardzo kochać chce
I kochanym być

Małe przerażone „ja”
Małe przerażone „ja”
Poranione wrażliwe płochliwe
Połamane ukryte prawdziwe
Odnalazło drogę
Wróciło do domu
Puka do mych drzwi
Puka do mych drzwi

Barykada na progu

fot. pixabay.com

Gadające głowy kłócą się o rację
Nie wynika z tego absolutnie nic
Napiszą w ustawie co jeść na kolację
Mam im przytakiwać jak bezwolny widz

Spadam
Spadam
Spadam
W bezdenną studnię zagubienia
Jak Ikar co
Chciał uciec stąd
Prawda i kłamstwa wymieszane
Zwątpienie żre
Duszę jak trąd

Prawica, lewica, władza, opozycja
Chcą inwigilować, sprawdzać noc i dzień
Nie masz prywatności, żyjesz wirtualnie
Gdy Wielkiego Brata stale widzisz cień!

Mam dość
Mam dość
Mam dość
Mam dość waszego zakłamania
Nie wierzę wam,
zostawcie mnie,
Was nie obchodzi moje dobro
O władzy smak
Bijecie się!

Tysiące pomysłów jak ustawiać życie
Ludziom co zmęczeni nie chcą walczyć już
Ciężary nakładać nie do uniesienia
Małym pionkiem jesteś, więc pokornie służ!

Krzyczę
Krzyczę
Miotam
Słowa protestu jak kamienie
Niewolnik co
Zbuntował się
Na progu domu barykadę
Z mojej wolności
Stworzyć chcę!

Trucizna

fot. Adam Olszak

Choć w ustach słodka jak miód
Przepalasz moje wnętrzności
Trucizna z krwią pompowana
Do każdej komórki i kości

Choć kiedyś dawała szczęście
Dziś niesie paraliż serca
Krąży w żyłach podstępnie
Jak nieuchwytny morderca!

Zabijasz we mnie to co najlepsze
Zimnym spojrzeniem i cyniczną grą
Sztyletem kpiny mordujesz marzenia,
Twe słowa jak ostre noże serce tną!

Modliszka jak żywioł zachłanna
Co szczęścia miraże roztacza
By zburzyć je w jednej sekundzie
Gdy ktoś twą granicę przekracza

Jak Narcyz wpatrzony w odbicie
W swych lękach wciąż uwięziona
Nie umiesz kochać naprawdę
Bliskość odrzucasz spłoszona

Zabijasz we mnie to co najlepsze
Zimnym spojrzeniem i cyniczną grą
Pożerasz miłość, niszczysz motywację
Twe słowa jak ostre noże serce tną!

Dzisiaj odchodzę, znikam obojętnie
W mym życiu miejsca już dla ciebie brak
We własne sidła wpadasz uwikłana
Przeżuwasz gorzki samotności smak!

Moje „ja” zgubione…

fot. Adam Olszak

Moje „ja”, od którego uciekłem
Dla spokoju, kariery, wygody
Opuszczone. Zepchnięte w niepamięć,
Jak kamienie wrzucone do wody.

Jak się siebie zaparłem? I kiedy?
Z lęku nożem do gardła przytkniętym
Uwierzyłem, że może tak trzeba:
Słuchać innych, choć z sercem pękniętym…

„Ja” prawdziwe… niechciane. Zdradzone
Za srebrniki spokoju świętego
Prestiż, splendor, znaczenie i podziw
Życie sztuczne zamiast prawdziwego.

Lecz co zrobić z duszą udręczoną?
Jak jej rany uleczyć bolące?
Wciąż pozory, kamuflaż, kontrola,
Aby ukryć pęknięcie krwawiące.

Lecz dziś w sobie znajduję odwagę
Aby spotkać swe „ja” porzucone
Strach pokonać, co jarzmo nakłada
I odnaleźć marzenia zgubione…

Manekin

fot. Adam Olszak

Pytasz, czemu tak się stało
Kiedy miłość zardzewiała
Skąd ta przepaść między nami
Jakby ziemia popękała
Ciągle w siebie zapatrzony
Przed decyzją znów uciekasz
Nie chcesz jasno odpowiedzieć
Lawirujesz, kluczysz, zwlekasz

Nie można kochać tylko połowicznie
Traktować kogoś jak natrętną muchę
Agresją ranić, kąsać ustawicznie
Rozmowę gasić niecierpliwym ruchem
Wypychać kogoś poza nawias życia
Twierdząc, że przecież wszystko jest w porządku
Stawiać przed sobą mur nie do przebicia
Tchórzostwo chować pod maską rozsądku

Kwiat bez wody najpierw więdnie
Jeszcze walczy, trwać próbuje
Z każdą chwilą schnie, wiotczeje
Nic już go nie uratuje.
Obojętność jak nowotwór
Który sens miłości zżera
Niszczy jedność, zaufanie
Jadowity jak chimera.

W schematach swoich ciągle uwikłany
Cofasz się zaraz, gdy bliskość poczujesz
Choć mówisz, że masz dość takiego życia
To nie jest prawda… Ty ciągle blefujesz.
Zamiast miłości – podziw i pieniądze
Życie pozorne zamiast prawdziwego
Pustym bez serca jesteś manekinem
Dopóki wreszcie nie zrozumiesz tego.

Cały jestem…

fot. Adam Olszak

Zapadam się w popiół
Ze spalonych marzeń
Połamanych ideałów
Daremnie szukam oparcia
Popiół wszędzie popiół
W ustach uszach oczach przełyku płucach
Cały jestem popiołem
Cały jestem prochem

Spadam wciąż spadam
W głąb studni bezdennej
Bez punktu odniesienia
Pogrążony w ciemności
Cały jestem spadaniem
Cały jestem krzykiem

Rozpadam się
Na miliony kawałków
Bezużyteczny
Jak stłuczony dzban
Cały jestem cierpieniem
Cały jestem bólem
Pragnieniem nieistnienia
I kłębkiem bezsensu

Czy jest ręka co chwyci
I złoży w całość na nowo
Czy jest słońce co ciemność
Rozjaśni o świcie
Czy jest źródło co sensem
Napełni raz jeszcze

Przyjdź
Wołam

Uwierz słońcu

fot. Adam Olszak

Ból istnienia przenika do głębi
Pali serce jak gorycz trująca
Chmura myśli pod czaszką się kłębi
Niepokoi i uwiera jak cierń

Lecz choć niemoc bezsilna cię gnębi
To nadzieja – jaskółka kwiląca
wyswobodzić z pazurów jastrzębi
jest się w stanie – nieuchwytna jak cień

Bo gdy ciemność krzyczy i pustka dokoła
Kiedy smutek osacza wszechobecny jak mgła
Na dnie serca jakiś nieśmiały głos woła
Że wyjść krok po kroku z labiryntu się da
I rozplątać może się to, co splątane
I że jeszcze odnajdziesz w życiu radość i sens
Tylko uwierz słońcu że wzejdzie nad ranem
I osuszy łzy słone z pajęczyn twych rzęs…

A gdy wreszcie promień światła
Padnie na łez rosę świętą
Blask im nada tajemniczy
Najczystszym równy diamentom…

Bo gdy ciemność krzyczy i pustka dokoła
Kiedy smutek osacza wszechobecny jak mgła
Na dnie serca jakiś nieśmiały głos woła
Że wyjść krok po kroku z labiryntu się da
I rozplątać może się to, co splątane
I że jeszcze odnajdziesz w życiu radość i sens
Tylko uwierz słońcu że wzejdzie nad ranem
I osuszy łzy słone z pajęczyn twych rzęs…

Straciłeś mnie

fot. Adam Olszak

Zamknięty w klatce mrocznych ograniczeń
W celi swych lęków więziony
Miotasz się ślepo w amoku niszczenia
Bólem niezmiernym dręczony.

Przez całe życie tęsknisz za miłością
Lecz gdy znalazłeś ją w końcu
Uciekasz przed nią, chowasz głowę w piasek
Zamiast pofrunąć ku słońcu

Straciłeś, straciłeś mnie
Choć chciałam swą miłość ci dać
Wraz z tobą przez życie biec
Przy boku twym codziennie stać.

Choć twoje serce co dzień z bólu płacze
Po stracie która tak boli
Chcesz głód miłości nasycić podziwem
W iluzji masce grać wolisz.

Straciłeś, straciłeś mnie
Choć chciałam swą miłość ci dać
Wraz z tobą przez życie biec
Przy boku twym codziennie stać.

Odchodzę, znikam jak cień
Choć dusza w kawałki się rwie
Swą drogą podążę w dal
Niech czas rany uzdrowi me…

Dajcie mi spokój

fot. Adam Olszak

Przeładowany mózg
eksploduje jak pęknięty balon
Brudzi sufit i ściany
Informacyjną papką

Mam dość

Zalany powodzią słów
Terabajtami danych
Zbieram pospiesznie
To co mi jeszcze zostało

Dołączam do rzeki uchodźców
Płynącej w nieznane
Wyrzucony ze swego „ja”
Przez autorytety
Co wiedzą najlepiej

Nie obchodzą mnie wasze wojny
Wasze oburzenia i święte racje
Ja chcę po prostu normalnie żyć
Dajcie mi spokój
Wreszcie

Pytania bez odpowiedzi

fot. Adam Olszak

Oczywistość gdzieś się zatraciła
Nie ma już prostych odpowiedzi
Kształty są jasne i nieostre
Wątpliwości jak rój szerszeni

Mała iskra może rozniecić pożar
Choć chmury ciemne deszcz niosą
Ktoś powyrywał drogowskazy
Każdy krok to ryzyko potknięcia

Wszystkie dogmaty nagle podważone
Rozłożone na pierwsze czynniki
Pytania rzucam na wiatr
Wiedząc że utoną w milczeniu

Twoje oczy jak morska latarnia
Wśród fal wszechogarniającego chaosu
Ale do ciszy bezpiecznej przystani
Jeszcze daleko przez mielizny i skały

Okrutna jest wolność i bezlitosna
Choć tak bardzo jej pragniemy
Ciężarem nieznośnym się staje
Gdy nikt nie zdejmie odpowiedzialności

Błądzić jest rzeczą ludzką
Choć czasem cena bardzo wysoka
Gdy niepewność sprzymierzy się z lękiem
Tylko miłość stawi im czoła

Spadanie

fot. Adam Olszak

Ciemność tak gęsta
Że nieprzenikniona
Owija duszę
Jak gruba zasłona
Blokuje oddech
Obezwładnia lękiem
Sprawia że się staję
Cały cichym jękiem
Dochodzącym z dna….

Spadam jak kamień
Połamane skrzydła
Upadły anioł
Zaplątany w sidła
Nie wiem, kim jestem
Odrzucam sam siebie
Nie mam już miejsca
Na ziemi ni w niebie
Spadam, spadam wciąż!

Czy ktoś mnie chwyci?
Czy ktoś jęk usłyszy?
Czy krzyk bezgłośny
Rozmyje się w ciszy?
Gdzie szukać światła?
Jak zbudzić odwagę?
Jak się zatrzymać,
Chwycić równowagę?
Bezsilność jak noc.

Już nie mam siły
Walczyć z nieważkością
Ciągle przegrywać
Ze swoją małością
Na twarzy błoto
Ze wstydem zmieszane
Wnika w mą duszę
Przez łzy co nad ranem
Z oczu sączą się

Gdzie jest nadzieja?
I jak ją obudzić?
Dać sobie szansę
Lub przestać się łudzić?
Walczyć uparcie
Czy już zejść ze sceny?
Jak się uwolnić
Od duszy gangreny?
Pytam, pytam wciąż…

Zapominanie

fot. Adam Olszak

Papierem ściernym drapię
Gładkie lustro pamięci
Wymazać chcę Twój obraz
Twój uśmiech, zapach, dotyk
Wierzyć, że nie istniejesz

Nie jest łatwo się pozbyć
Twego portretu z duszy
Wyryty w niej misternie
Intymnością tak czułą
Wniknął we mnie głęboko

Wyrachowany rozum
Przegrywa starcie z sercem
Daremnie myśl podsuwa
Że teraz będzie łatwiej
Ono ciągle wie swoje

Bo serce ból zasysa
Ze wspomnień chwil szczęśliwych
Cierpienie jest ich częścią
Wpisane w nie od zawsze
Trudno jest to zrozumieć

Choć głowę noszę prosto
I dziarsko się uśmiecham
Mówię sobie: „Tak lepiej”
To przecież ciągle tęsknię
Nie kochać Cię – nie umiem

Czy zejdą się znów kiedyś
Nasze drogi dziur pełne
Poorane przez życie
Kręte i pogmatwane?
Kto ich mapę wytyczy?

Mam dość!

fot. Adam Olszak

Kwiaty kup dla cioci
Ładnie ubierz się
Pięknie się uśmiechaj
Nigdy nie mów „nie”

Zawieź na zakupy
Wszak samochód masz
Zawsze bądź pogodny
Miej radosną twarz

Odczepcie się
Ode mnie wreszcie
Zacznijcie własnym życiem żyć
Swe rady też
Sobie zabierzcie
Bo ja mam dość! Chce mi się wyć!

Czemu nic nie mówisz
Napisz, załatw, daj
Bądź jak złota rybka
Swoją rolę graj

Odczepcie się
Ode mnie wreszcie
Zacznijcie swoim życiem żyć
Swe rady też
Sobie zabierzcie
Bo ja mam dość! Chce mi się wyć!

Zatrzymaj się!

fot. Adam Olszak

Dokąd tak biegniesz, serce przerażone,
Dzikim obłędem wiecznie napędzane!?
Że szczęście w innych lub gdzieś indziej leży
Wierzysz… i płaczesz samotne nad ranem

W tym owczym pędzie co donikąd wiedzie
Uciekasz – przed kim? Nie wiesz… Całe życie
Szukasz tej jednej perły drogocennej
Którą poniesiesz do domu w zachwycie

Lecz zamiast perły szkiełka kolorowe
Życie podsuwa… mienią się fałszywie
Aby je zdobyć, marnujesz swe siły
Rzucasz się na nie i chwytasz łapczywie…

A przecież szczęście jest tak blisko Ciebie
Ono jest w Tobie… tam na dnie głęboko
Tę walkę musisz sam ze sobą stoczyć
Ze swoim lękiem stanąć oko w oko

Zielone ślepia chorych wyobrażeń
Zgasisz gdy spojrzysz prosto w ich źrenice
One zaszkodzić ci nijak nie mogą
Ty sam wyznaczasz ich władzy granice

Twe szczęście samo pragnie Cię odnaleźć
Biegnie za Tobą, wzywa Cię codziennie
Więc się zatrzymaj… i wsłuchaj się w siebie
W przeciwnym razie – miotasz się daremnie…

Boję się

fot. Adam Olszak

Boję się
Porażki
Choroby
Niepowodzenia
I własnego cienia.

Lęk ma wielkie oczy.
Czai się przyczajony
Rzuca kłody pod nogi
Realny, choć nieokreślony.

Boję się
Ryzyka
Cierpienia
Niezadowolenia innych
Utraty reputacji

Lęk chce odebrać mi Ciebie
Stawia mur między nami
Podniosłem głowę
Popatrzyłem mu hardo w oczy
Zniknął.

Kocham.
Przestałem się bać.

Niepewność

fot. DN

Chmura na horyzoncie
Sieje w umyśle
grozę niepewności

W obliczu kataklizmu
Miasto przygasza swe światła
Gotowe walczyć by przetrwać
Bezlistne gałęzie drzew
Szemrzą niespokojne pacierze

Ustalone schematy
Truchleją przed nieznanym
Pękają mury rutyny
Drżą utarte ścieżki

Ten obłok skrywa tajemnicę
Marzeń, co ciałem się stają
Poczęte w noc bezsenną
Ze związku serca i woli
Wbrew staremu światu
I na jego zgubę

To co nowe – przeraża
Potrzeba odwagi
By iść naprzód
By wzrastać
Zmieniać życie swe.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén