Author: Adam (Page 2 of 5)

W duszy muzyka nam gra

fot. Adam Olszak

W codziennym życia kieracie
Ciężarem spraw przytłoczeni
Ludzie ze wzrokiem spuszczonym
W beton ponury wpatrzeni
Lecz kilka taktów wystarczy
By zmysły stępione poruszyć
By oczy podnieść zdziwione
Mur beznadziei nadkruszyć…

Więc śpiewać chcę dla was i grać
Radością napełniać wam serca
Niech płynie dziś muzyka ma
I dusze skulone przewierca
Niech z gęstwiny nut
Piękna wyłoni się cud
Owładnie, upoi, zapomnieć pozwoli
O życiu co czasem tak bardzo zaboli
Niech porwie wysoko do gwiazd!

Twarze straszliwie zmęczone
Szarością zmartwień pokryte
Sny z wielkich dążeń wyprane
Pragnienia starannie skryte
Niech dzisiaj zbudzą się wreszcie
Jak kolorowe motyle
W muzyki promieniach kwitną
Niczym wiosenne żonkile!

Bo w duszy muzyka nam gra
Więc dzielić się z wami nią chcemy
Jak wodę źródlaną co ma
Moc siły przywracać – dajemy
Niech z gęstwiny nut
Piękna wyłoni się cud
Owładnie, upoi, zapomnieć pozwoli
O życiu co czasem tak bardzo zaboli
Niech porwie wysoko do gwiazd!

…Więc uwierzcie że
Życie naprawdę ma sens
Że poddać się nigdy nie wolno rozpaczy
A wiara i miłość naprawdę coś znaczy
Wspinajcie się w górę, do gwiazd!

Litania

fot. Adam Olszak

Ty, który wbrew swemu prawu
Kazałeś Mojżeszowi
sporządzić węża miedzianego
By ratować od śmierci
Ludzi ukąszonych jadem

– Zmiłuj się nad nami!

Ty, który wejrzałeś na łzy Batszeby
I skruchę serca Dawida
Choć okazał wielką niewdzięczność
Odrzucając Twoje nakazy
A z ich związku wyprowadziłeś Salomona
Którego umiłowałeś błogosławiąc mu obficie

– Zmiłuj się nad nami!

Ty, który pogankę Rut
Wpisałeś do rodowodu swojego syna
I uczyniłeś ją babką króla Dawida
Za to, że w imię miłości do swego męża
Wybrała tułaczkę w obcej ziemi

– Zmiłuj się nad nami!

Ty, który pobłogosławiłeś Tamar
Ryzykującej życie i dobrą sławę
By dać potomstwo swemu małżonkowi

– Zmiłuj się nad nami!

Ty, który zacząłeś rozmowę
Z samarytańską kobietą
Nie bacząc na jej wątpliwą reputację
I objawiłeś jej swoją największą tajemnicę
Bo dostrzegłeś w jej sercu
Wielkie pragnienie miłości

– Zmiłuj się nad nami!

Ty, który działasz przeciwko sobie
Który za nas przepłacasz
Sam siebie oskarżasz
Aby nas ratować
I jesteś czystym przebaczeniem
Płynącym z samej Twej istoty

– Zmiłuj się nad nami!

Dopiero wtedy

fot. Adam Olszak

Kilometry przejechane
W pogoni za szczęściem
Gonisz za nim
Jak za uciekającym czasem
Szukasz go
Jak perły zgubionej w rynsztoku
Chcesz je oswoić
Jak nieufne zwierzątko

A ono przecież
Jest tak blisko
Bliżej się już nie da
Tam wewnątrz Ciebie
Zdeptane
Znękane
Rzucone niedbale w kąt.

Czeka aż się zatrzymasz
Aby wyjść z ukrycia
Wystawić nieśmiało głowę
Przytulić się ufnie jak dziecko
Zakwitnąć w promieniach słońca
Jak kwiat bezpieczny w ogrodzie

Ale dopóki biegniesz
Zaślepiony pędem
Nie masz szans tego zobaczyć
Więc musisz się przewrócić
Może nawet potłuc
Poczuć błoto na twarzy
I siniaki na ciele

Dopiero wtedy zrozumiesz
Jak ważne są małe rzeczy
Pozwolisz sobie na słabość
Nauczysz się odróżniać
Podziw od miłości
I dopiero wtedy
Zaczniesz naprawdę żyć.

Nocne miasto

fot. Adam Olszak

Ciemność ogarnia świat nieubłagana
Jak wąż co pełznie cicho do zdobyczy
Gdy zmierzch zapada wychodzę na górę
Spoglądam w dal

Dżungla z betonu rozżarza się blaskiem
Sztucznych latarni co namiastką słońca
Na horyzoncie płomienna poświata
Wspomnienie dnia

Gdy światła miasta zapalają się
Myślą ogarniam dzień, który przemija
Wieczorna bryza chłodzi czoło me
Niebo i ziemię z wolna mrok spowija

Okna kamienic kryją tajemnice
Codziennych kłótni, miłosnych uniesień
Modlitwy w niebo jak ptaki pijane
Unoszą się

A wreszcie senność nadciąga leniwie
Opuszcza powiek ekrany zmęczone
By oniryczne obrazy jak filmy
Wyświetlić nam

Bo dzień od nocy nieodłączny jest
Jak śmierć od życia, od jesieni wiosna
Pomiędzy jawą biegniemy i snem
Aż śmierć na progu stanie bezlitosna…

Małe przerażone „ja”

fot. Adam Olszak

Kim jestem? Wciąż nie wiem. Szukam odpowiedzi.
Maski na mej twarzy. Maski, maski, maski.
Trzymają się mocno lękiem przyklejone
Gdy tańczę przed światem, by słyszeć oklaski

Gdzieś tam pod maskami jestem ja prawdziwy
Gdzieś tam żyje moje „ja”, co przerażone
Błądzi samo w ciemnym nieprzyjaznym lesie
Wrócić chce do domu tułaczką zmęczone

Małe przerażone „ja”
Małe przerażone „ja”
Poranione wrażliwe płochliwe
Połamane ukryte prawdziwe
W ciemności zgubione
Przed ludźmi schowane
Drogi szuka wciąż
Drogi szuka wciąż

Maleńkie światełko na krańcach ciemności
Jasne okna domu majaczą w oddali
Wewnątrz moje serce tak bardzo spragnione
By siebie pokochać, by się w jedność scalić

Małe przerażone „ja”
Małe przerażone „ja”
Poranione wrażliwe płochliwe
Połamane ukryte prawdziwe
Z miłości stworzone
Dla miłości żyje
Bardzo kochać chce
I kochanym być

Małe przerażone „ja”
Małe przerażone „ja”
Poranione wrażliwe płochliwe
Połamane ukryte prawdziwe
Odnalazło drogę
Wróciło do domu
Puka do mych drzwi
Puka do mych drzwi

Barykada na progu

fot. pixabay.com

Gadające głowy kłócą się o rację
Nie wynika z tego absolutnie nic
Napiszą w ustawie co jeść na kolację
Mam im przytakiwać jak bezwolny widz

Spadam
Spadam
Spadam
W bezdenną studnię zagubienia
Jak Ikar co
Chciał uciec stąd
Prawda i kłamstwa wymieszane
Zwątpienie żre
Duszę jak trąd

Prawica, lewica, władza, opozycja
Chcą inwigilować, sprawdzać noc i dzień
Nie masz prywatności, żyjesz wirtualnie
Gdy Wielkiego Brata stale widzisz cień!

Mam dość
Mam dość
Mam dość
Mam dość waszego zakłamania
Nie wierzę wam,
zostawcie mnie,
Was nie obchodzi moje dobro
O władzy smak
Bijecie się!

Tysiące pomysłów jak ustawiać życie
Ludziom co zmęczeni nie chcą walczyć już
Ciężary nakładać nie do uniesienia
Małym pionkiem jesteś, więc pokornie służ!

Krzyczę
Krzyczę
Miotam
Słowa protestu jak kamienie
Niewolnik co
Zbuntował się
Na progu domu barykadę
Z mojej wolności
Stworzyć chcę!

Pragnienie i lęk

fot. Adam Olszak

On spragniony miłości niczym pustynia wody
Ona niczym igła kompasu rozedrgana
Choć go bardzo pragnęła, jednak myśl o bliskości
Lękiem ją napełniała, paliła niczym rana.

W rytmie sinusoidy miłość ich falowała
Ciągłych zbliżeń, oddaleń rytm powracał niezmienny
Gdy on mocniej naciskał, ona się oddalała
Gdy on walczyć przestawał, stawał dla niej się cenny.

Niczym żuraw i czapla taniec swój prowadzili
W korowodzie uników, kłótni, rozstań, powrotów
W grze pozorów, wymówek, niespełnionych nadziei
Marzeń zwiędłych, co życie czerpią z nowych zalotów.

I tak życie minęło… dwie planety samotne
Na dwóch krańcach wszechświata trwały nieporuszone.
Aż umarły w milczeniu, szczęścia nigdy nie znając
W żarówkowe księżyce swych iluzji wpatrzone

Lecz czy miłość prawdziwa na tym właśnie polega
By skutecznie unikać najmniejszego draśnięcia?
Czasem musi zaboleć, aby przebić skorupę
”Ja” schowane głęboko wyswobodzić z zamknięcia.

Zamiast ciągle się wahać – lepiej odejść zwyczajnie
Zniknąć za horyzontem niczym chmury o świcie
Nie ma sensu słowami bez pokrycia się mamić
Kochać – to być najbliżej. Kochać – to dzielić życie…

Trucizna

fot. Adam Olszak

Choć w ustach słodka jak miód
Przepalasz moje wnętrzności
Trucizna z krwią pompowana
Do każdej komórki i kości

Choć kiedyś dawała szczęście
Dziś niesie paraliż serca
Krąży w żyłach podstępnie
Jak nieuchwytny morderca!

Zabijasz we mnie to co najlepsze
Zimnym spojrzeniem i cyniczną grą
Sztyletem kpiny mordujesz marzenia,
Twe słowa jak ostre noże serce tną!

Modliszka jak żywioł zachłanna
Co szczęścia miraże roztacza
By zburzyć je w jednej sekundzie
Gdy ktoś twą granicę przekracza

Jak Narcyz wpatrzony w odbicie
W swych lękach wciąż uwięziona
Nie umiesz kochać naprawdę
Bliskość odrzucasz spłoszona

Zabijasz we mnie to co najlepsze
Zimnym spojrzeniem i cyniczną grą
Pożerasz miłość, niszczysz motywację
Twe słowa jak ostre noże serce tną!

Dzisiaj odchodzę, znikam obojętnie
W mym życiu miejsca już dla ciebie brak
We własne sidła wpadasz uwikłana
Przeżuwasz gorzki samotności smak!

Moje „ja” zgubione…

fot. Adam Olszak

Moje „ja”, od którego uciekłem
Dla spokoju, kariery, wygody
Opuszczone. Zepchnięte w niepamięć,
Jak kamienie wrzucone do wody.

Jak się siebie zaparłem? I kiedy?
Z lęku nożem do gardła przytkniętym
Uwierzyłem, że może tak trzeba:
Słuchać innych, choć z sercem pękniętym…

„Ja” prawdziwe… niechciane. Zdradzone
Za srebrniki spokoju świętego
Prestiż, splendor, znaczenie i podziw
Życie sztuczne zamiast prawdziwego.

Lecz co zrobić z duszą udręczoną?
Jak jej rany uleczyć bolące?
Wciąż pozory, kamuflaż, kontrola,
Aby ukryć pęknięcie krwawiące.

Lecz dziś w sobie znajduję odwagę
Aby spotkać swe „ja” porzucone
Strach pokonać, co jarzmo nakłada
I odnaleźć marzenia zgubione…

Manekin

fot. Adam Olszak

Pytasz, czemu tak się stało
Kiedy miłość zardzewiała
Skąd ta przepaść między nami
Jakby ziemia popękała
Ciągle w siebie zapatrzony
Przed decyzją znów uciekasz
Nie chcesz jasno odpowiedzieć
Lawirujesz, kluczysz, zwlekasz

Nie można kochać tylko połowicznie
Traktować kogoś jak natrętną muchę
Agresją ranić, kąsać ustawicznie
Rozmowę gasić niecierpliwym ruchem
Wypychać kogoś poza nawias życia
Twierdząc, że przecież wszystko jest w porządku
Stawiać przed sobą mur nie do przebicia
Tchórzostwo chować pod maską rozsądku

Kwiat bez wody najpierw więdnie
Jeszcze walczy, trwać próbuje
Z każdą chwilą schnie, wiotczeje
Nic już go nie uratuje.
Obojętność jak nowotwór
Który sens miłości zżera
Niszczy jedność, zaufanie
Jadowity jak chimera.

W schematach swoich ciągle uwikłany
Cofasz się zaraz, gdy bliskość poczujesz
Choć mówisz, że masz dość takiego życia
To nie jest prawda… Ty ciągle blefujesz.
Zamiast miłości – podziw i pieniądze
Życie pozorne zamiast prawdziwego
Pustym bez serca jesteś manekinem
Dopóki wreszcie nie zrozumiesz tego.

Modlitwa nad ranem

fot. Adam Olszak

Nie pytaj mnie proszę o miłość
Słowa mogą mówić wiele
Lecz nie znaczyć nic
Miłość to nie deklaracje
To decyzje, wybory i czyny
Jeśli popatrzysz na nie
To nie mam szans

Raniłem Cię już tyle razy
Że wszystkie moje zapewnienia są śmieszne
Wiem, że mi przebaczasz
Ale ja nie umiem wybaczyć sam sobie

A Ty ciągle przychodzisz
Ze swą miłością nieodwołalną
i cierpliwie pytasz:
„Czy kochasz mnie?”

Cały jestem…

fot. Adam Olszak

Zapadam się w popiół
Ze spalonych marzeń
Połamanych ideałów
Daremnie szukam oparcia
Popiół wszędzie popiół
W ustach uszach oczach przełyku płucach
Cały jestem popiołem
Cały jestem prochem

Spadam wciąż spadam
W głąb studni bezdennej
Bez punktu odniesienia
Pogrążony w ciemności
Cały jestem spadaniem
Cały jestem krzykiem

Rozpadam się
Na miliony kawałków
Bezużyteczny
Jak stłuczony dzban
Cały jestem cierpieniem
Cały jestem bólem
Pragnieniem nieistnienia
I kłębkiem bezsensu

Czy jest ręka co chwyci
I złoży w całość na nowo
Czy jest słońce co ciemność
Rozjaśni o świcie
Czy jest źródło co sensem
Napełni raz jeszcze

Przyjdź
Wołam

Czasem warto…

fot. Adam Olszak

Czasem warto dojść do ściany
Spojrzeć w oczy niepewności
Zgasić lampę swej wszechwiedzy
Zakosztować bezsilności.

Choć mi mówią: wszystko możesz
W Twoich rękach Twoje życie!
Widzę, że i przegrać trzeba,
Stracić… łzę uronić skrycie.

Bo nie wszystko w życiu bywa
Czyste, jasne, oczywiste.
Oprócz dni skąpanych w słońcu
Są też i poranki mgliste…

Po co? Abym nie zapomniał
Że człowiekiem jestem tylko
Że nie jestem wszechmogący
Że me życie – krótką chwilką.

Lecz choć ciemność znów spowiła
Zakamarki mojej duszy
Ufam: rano słońce wzejdzie
I zwątpienia mgłę osuszy.

Ale nawet gdyby zgasło
Niczym lampa wypalona
Wierzę, że znów walczyć będą
Wyczerpane me ramiona.

Znów zaczynam, mimo bólu
Walkę, by sens znaleźć życia
Wiele pięknych chwil przede mną
Nowych lądów do odkrycia!

W ciemności marzę

fot. Adam Olszak

Noc zasnuta mgłą
Sekretem ziemię okrywa
Zmierzch gęstnieje wciąż
powoli ciemność nadpływa
Gdy szarość spowija mnie
W półmroku marzę i śnię
Wspominam te chwile szczęśliwe
Gdy życie sens miało i cel
Gdy oczy twe dobre widziałam
Gdy obok mnie byłeś co dzień…

Gdzie podziały się
Te chwile co radość nam niosły
Kto odebrał je
Okrutny i bezlitosny
Czy diabeł zrządził czy Bóg
Czy szczęścia ludzkiego wróg
Że nie ma cię znowu w mym życiu
Że pustka została i ból
Że zagrać mi przyszło w tej sztuce
Najbardziej bolesną z ról

Lecz chociaż ból serce przeszywa
Dziś ci za wszystko dziękuję
Przy tobie byłam szczęśliwa
Wciąż kocham i nie żałuję
Choć zabrał mi ciebie zły los
Ja w niebo wzbijam dziś głos
Czasami warto jest żyć
Dla kilku chwil
Szczęśliwych tak…

Gdzie odszedłeś stąd
Kto wezwał cię tak niespodzianie
Jak odnaleźć sens
Na nowo gdy nic nie zostanie
Budować niełatwo jest tam
Gdzie człowiek zostaje sam
Wśród ruin dymiących i zgliszczy
Co życiem Twym były ze snu
Obudzić się trzeba boleśnie
Otworzyć oczy bez tchu…

Lecz chociaż tęsknota za tobą
Nad głową wciąż tkwi jak urwisko
Wciąż wierzę że ty gdzieś istniejesz
Że jesteś przy mnie tu blisko
Choć uśmiech twój zniknął już stąd
Odkrywam nadziei znów ląd
I wierzę że ujrzę cię znów
Gdy witasz mnie
Na skraju snu…

…ja widzę cię stale w mych snach
Obecność twą czuję gdy w drzwiach
Wiatr świecy płomieniem poruszy
Ja wtedy wiem
Że jesteś tu
…że kocham wciąż….

Wiosna

fot. Adam Olszak

Zima ustępuje wiosną zawstydzona
Cofa się niechętnie, na północ odpływa
Tylko dziury w asfalcie niczym świeże rany
Resztki brudu, którego śnieg już nie zakrywa

Lecz gdy promień światła padnie na kałuże
Mokry asfalt skrzy się jak kolie brylantowe
Poszarzałe ulice, popękane mury
Odzyskują piękno
To co złe minęło
I wszystko jest nowe

Skuleni jak pająki w zimnie i ciemności
Oczy przecieramy blaskiem oślepieni
Wybudzeni z apatii, drętwej rezygnacji
Skazańcy ułaskawieniem nagłym zaskoczeni

Warto było do ciebie iść wiosno niepowstrzymana
Warto było przez zaspy brnąć resztkami woli
Za nami nocy ciemnej sny przygnębiające
Budzimy się do życia, które już nie boli…

Uwierz słońcu

fot. Adam Olszak

Ból istnienia przenika do głębi
Pali serce jak gorycz trująca
Chmura myśli pod czaszką się kłębi
Niepokoi i uwiera jak cierń

Lecz choć niemoc bezsilna cię gnębi
To nadzieja – jaskółka kwiląca
wyswobodzić z pazurów jastrzębi
jest się w stanie – nieuchwytna jak cień

Bo gdy ciemność krzyczy i pustka dokoła
Kiedy smutek osacza wszechobecny jak mgła
Na dnie serca jakiś nieśmiały głos woła
Że wyjść krok po kroku z labiryntu się da
I rozplątać może się to, co splątane
I że jeszcze odnajdziesz w życiu radość i sens
Tylko uwierz słońcu że wzejdzie nad ranem
I osuszy łzy słone z pajęczyn twych rzęs…

A gdy wreszcie promień światła
Padnie na łez rosę świętą
Blask im nada tajemniczy
Najczystszym równy diamentom…

Bo gdy ciemność krzyczy i pustka dokoła
Kiedy smutek osacza wszechobecny jak mgła
Na dnie serca jakiś nieśmiały głos woła
Że wyjść krok po kroku z labiryntu się da
I rozplątać może się to, co splątane
I że jeszcze odnajdziesz w życiu radość i sens
Tylko uwierz słońcu że wzejdzie nad ranem
I osuszy łzy słone z pajęczyn twych rzęs…

Wylogowana

fot. Adam Olszak

Długi ogon cudzych spraw
Ciągniesz za sobą co dzień wytrwale
Dokądś biegniesz, szarpiesz się
Lecz takie życie nie cieszy Cię wcale
Telefon wciąż
tkwi w ręce Twej
jak ostry miecz.

Jak kukiełka w teatrzyku
swoją rolę grzecznie grasz
Choćby serce wyło z bólu
Uśmiech zdobi Twoją twarz

Niespełnienia czujesz ból
Łzy Twe w poduszkę co noc wsiąkają
O uznanie żebrzesz tych,
Którzy oddaniem Twym pogardzają
Jak przedmiot, co
Przydatny jest
Traktują Cię

Mówisz: „Nikt mnie nie rozumie,
Radzę sobie sama znów”
Lecz odpychasz dłoń pomocną
Wokół siebie kopiesz rów.

Czy kamienny przerwiesz krąg
Pokonasz lęk swój, zrzucisz kaganiec
Czy po prostu chcesz tak żyć
Niczym bezradny w celi skazaniec
Ofiarą być
Na pewno też
Swe plusy ma

Popatrz: morze się otwiera
Abyś suchą stopą szła
Pójdziesz naprzód czy zawrócisz
Bo wciągnęła Cię ta gra?

Już nie chcę!

fot. Adam Olszak

Gdzieś daleko wielki świat jak ocean wzburzony
W nim rekiny krążą wciąż walczą stale o życie
Nienawidzą się a jednak zawierają sojusze
Małe płotki w tej rozgrywce nie znaczą dla nich nic

Być trybikiem w tej machinie to dla wielu szczyt sukcesu
Lecz kto raz już wszedł na szczyt musi kąsać by przetrwać
I choć wielu im się kłania, mogą zniszczyć kogo zechcą
Są więźniami swego lęku, niewolniczo boją się!

A ja mam dosyć takiego życia
Które przez palce stale przecieka
Dość samotności, szlochu w poduszkę
I świadomości, że nikt nie czeka

Nie chcę być tylko zbiorem pikseli
Pionkiem bezwolnym na szachownicy
Nie chcę być blotką w niczyjej talii
Co nic nie znaczy, nie liczy się!

Wyścig szczurów trwa beze mnie ja wybieram swoją drogę
Wiem że świata nie naprawię ale to bez znaczenia
Drzwi zamykam więc za sobą i nabieram powietrza
Dziś odwagę czuję w sercu aby zrobić pierwszy krok!

Nie chcę już fikcją żyć wirtualnie
Obwiniać innych za swoje błędy
Nie będę karku zginać pokornie
Aby zabiegać o czyjeś względy

Chcę swoje miejsce wreszcie odnaleźć
Kochać odważnie, iść swoją drogą
Z nadzieją w sercu wstawać codziennie
Sens życiu nadać, naprawdę żyć!

Straciłeś mnie

fot. Adam Olszak

Zamknięty w klatce mrocznych ograniczeń
W celi swych lęków więziony
Miotasz się ślepo w amoku niszczenia
Bólem niezmiernym dręczony.

Przez całe życie tęsknisz za miłością
Lecz gdy znalazłeś ją w końcu
Uciekasz przed nią, chowasz głowę w piasek
Zamiast pofrunąć ku słońcu

Straciłeś, straciłeś mnie
Choć chciałam swą miłość ci dać
Wraz z tobą przez życie biec
Przy boku twym codziennie stać.

Choć twoje serce co dzień z bólu płacze
Po stracie która tak boli
Chcesz głód miłości nasycić podziwem
W iluzji masce grać wolisz.

Straciłeś, straciłeś mnie
Choć chciałam swą miłość ci dać
Wraz z tobą przez życie biec
Przy boku twym codziennie stać.

Odchodzę, znikam jak cień
Choć dusza w kawałki się rwie
Swą drogą podążę w dal
Niech czas rany uzdrowi me…

Produkt

fot. Adam Olszak

Jestem produktem
Perfekcyjnym wytworem
Geniuszy marketingu
Mistrzem autoprezentacji
Kreatorem wizerunku

Liczy się tylko prezencja
Maska jak etykieta
Sztuczny uśmiech jak cukierkowa reklama
Wojna pozorów i złudzeń
Kolejne zwycięstwa odtrąbione na Facebooku
Wystawiam się na sprzedaż
Za prestiż i uznanie
Kupujecie mnie
Za walutę podziwu i zazdrości

Nikt nie pyta o cenę
Ani co czuję i myślę
Bo przecież muszę być szczęśliwy
Każdy by był na moim miejscu

Produktu się nie kocha
Tylko używa
Ma spełniać oczekiwania
Zaspokajać potrzeby
Poprawiać samopoczucie
Produkt nie może mieć wad
Ani wołać o miłość
To kłopotliwe i niepożądane
Produkt ma znać swoje miejsce
I nie żądać niemożliwego

Produkt upadł na ziemię
Brudny i potłuczony
Z pękniętego opakowania
Wypadł rój niewygodnych pytań
Wątpliwości rozsypane
Niczym okruchy szkła
O które łatwo się skaleczyć
Produkt rozczarował
Przeceniony
Do utylizacji

Czy teraz wreszcie
Pozwolicie mi być sobą?

Page 2 of 5

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén